czwartek, 21 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ X

Szykuj się Kastiel, będziesz miał swoją imprezę z małym dzieckiem- pomyślałam, uśmiechając się pod nosem.
Dochodziła godzina dwudziesta. Pomimo przespanej polowy dnia zrobiłam się bardzo zmęczona. Przeprosiłam Care i Agathę i poszłam do swojego pokoju. Włączyłam muzykę i zaczęłam zbierać rzeczy porozrzucane po pokoju. Sprawdziłam, czy aby na pewno na jutro nie ma żadnej pracy domowej. Jak na złość zadana jest matematyka. kto by się spodziewał? Nie mam nic do tego przedmiotu, o tyle, o ile nie jest on za często. Zrobiłam zadania w niecałe dwadzieścia minut. Spakowałam się i padłam zmęczona na łóżko.
Wstałam i spojrzałam na telefon. Zegar wskazywał godzinę 23.45.
-Świetnie, po prostu świetnie. Położyłam się na chwile, a jak wstaje, jest już za piętnaście północ? Dlatego właśnie nienawidzę drzemek- sapnęłam do siebie i zwlokłam się z łóżka.
Ale chwila, moment... Rzuciłam się na łóżko w celu chwycenia telefonu. Jak to ja, złapałam telefon, ale zaraz po tym spadłam na ziemie, robiąc przy tym nie mało hałasu. Szybko się pozbierałam i spojrzałam w telefon. 6 nieodebranych połączeń, 3 nieodebrane wiadomości.
  -Nieznany numer... Pedofil?- pomyślałam, ale zaraz opuściła mnie ta myśl.
Hm, jeśli się okaże, ze to jakiś przystojniak? W najgorszym wypadku jest to ciocia albo rodzice... Ale, skoro to nieznany numer… W każdym razie warto spróbować.
Odczytałam wiadomości. Pierwsza brzmiała: "Hej Eleno, musimy porozmawiać.". Druga była bardzo podobna, natomiast trzecia trochę zbiła mnie z tropu: "Wiem, ze mnie nienawidzisz, ale naprawdę muszę z Tobą porozmawiać. Proszę odbierz..."
Okej, okej. Czyli to ktoś kogo znam... Nataniel! No tak, pewnie nie czuje się najlepiej, po tym jak mi nakłamał. Wcale mnie to nie dziwi. Może jednak nie powinnam z nim gadać? Nie teraz.
Mimo to, odpisałam: "Spokojnie, wiem, ze pewnie nie jest Ci z tym najlepiej, ale nie ma sprawy. Mimo tego, że bardzo mnie to zabolało, to jednak Ci wybaczam. Sorki, ale nie mogę rozmawiać. Możemy popisać jeśli chcesz."
-Jednak ci wybaczam?- przeczytałam na głos, to co wysłałam- Boże Elena, jesteś kretynka.
Nie czekając na odpowiedź udałam się do łazienki. Wzięłam gorący prysznic, przebrałam się i wróciłam do pokoju. Kolejna wiadomość: "Wydaje mi sie, ze to nie jest rozmowa na telefon. Możemy się spotkać?"
"Em, pewnie. Ale chyba nie teraz?"
"Nie. Pasuje Ci jutro? Jak skończysz lekcje, o 16 w parku?"
"16? Nie może być 14.30? I właściwie dlaczego w parku?"
"Nie będzie tam nieproszonych gości. Chciałbym porozmawiać z Tobą na osobności. Pasuje mi każda godzina."
"Okej, wiec spotkamy się o 14.30 w parku."
"Będę czekał. Słodkich snów :*"
-Słodkich co?- zdziwiłam się na tę wiadomość- Nataniel chyba stał się bardziej odważny- skrzywiłam się.
Wyłączyłam muzykę, zgasiłam światło i wgramoliłam się do łóżka. Momentalnie odpłynęłam.
Stukot obcasów, jakieś huknięcia, puknięcia, stuknięcia… Spojrzałam na zegarek na ścianie. 6.25.
-Dzięki ciociu!- jęknęłam.
Wstałam i wzięłam szybki, orzeźwiający prysznic. Owinęłam się ręcznikiem. Otworzyłam szafę i usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Czym prędzej, odziana w skąpy materiał, pobiegłam na dół.
-Co się dzie…- stanęłam jak wryta.
Zobaczyłam w kuchni Nicka bez koszulki. Popatrzył na mnie. Ja popatrzyłam na niego. Nie powiem, jest ideałem mężczyzny. Opalony, umięśniony i zadbany Włoch.
Jego dwudniowy zarost dodaje mu męskości- pomyślałam.
Nie! Jeny! Ja tu stoję w samym ręczniku, który mi się zaraz zsunie!
-Prze-prze-przepraszam- wydukałam.
-Nie, to ja przepraszam. Po prostu talerz wypadł mi z rąk…
-Okej, to ja może…- wskazałam palcem na górę.
-Pewnie… Idź.
Powoli ruszyłam z powrotem na górę Gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi, ręcznik spadł na ziemię.
-Cholera!- syknęłam i szybko go podniosłam.
W ekspresowym tempie założyłam ciemnojeansowe spodenki i czerwoną koszulkę. Zeszłam na dół na śniadanie. Tym razem w kuchni zastałam ciocię.
-Hej- powiedziałam krótko.
-Cześć skarbeńku, jak się spało?
-Spało? Całkiem dobrze, jedynie pobudka była nie taka jakiej oczekiwałam- skrzywiłam się i usiadłam na krześle- A gdzie Nick?
-Poszedł do sklepu po bułki- wyszczerzyła zęby- Jest taki kochany! Nie mogę się doczekać, aż pojedziemy do niego! Będziemy wreszcie sami i będziemy mogli…
-RODZICE!- przerwałam jej- Będą jego rodzice Agatho… Nie sądzę, żebyście mogli… No wiesz- skrzywiłam się po raz kolejny.
-No dobra, dobra. Ale jak pojedziemy do Włoch…
-Do Włoch?!
-Rzecz jasne, że nie teraz. Ale kiedyś… W niedalekiej przyszłości- rozmarzyła się.
-Dobra, dobra. Chyba nawdychała się jakichś oparów.
-Wiesz co! Nie chciałabyś polecieć do Włoch? A no tak, już byłaś. Ale wiesz, to Chicago trochę mi się przejadło…
-No chciałabym, bo jest tam pięknie. Ale zaraz, zaraz… Jak to ci się przejadło? Nie masz zamiaru chyba tam zamieszkać, prawda?!
-No nie wiem… Wiesz, jeśli ja z Nickiem weźmiemy ślub…
-A co ze mną?!
-Spokojnie kochanie, teraz jedziemy tylko do Miami, do rodziców Nicka. Nie pobraliśmy się jeszcze i nie wyjeżdżamy. A nawet jeśli mielibyśmy wyjeżdżać, to nie podjęlibyśmy tej decyzji, nie uwzględniając ciebie- pocałowała mnie w czoło. Trochę mnie to uspokoiło.
-Ale właściwie dlaczego rodzice Nicka nie mieszkają we Włoszech, tylko w Miami?
-Zapewne potrzebowali jakiejś odskoczni. Wiesz, inny klimat, inni ludzi. Pewnie musieli odpocząć. Chcesz może kakao?
-Możliwe…- powiedziałam w zamyśleniu.
-Eleno?
-…
-Eleno?
-Słucham?
-Pytałam się, czy chcesz kakao. O czym tak myślisz?
-Tak, poproszę. Tak się zastanawiam… Jeśli weźmiecie ślub, to raczej przeprowadzicie się… przeprowadzimy się do Włoch. A jeśli moi rodzice szybciej wrócą, to znów wrócę do Nowego Jorku… Więc tak, czy siak- wzięłam głęboki oddech- Nie zostanę tu.
-Już ci mówiłam kochanie, że nie podejmiemy decyzji bez ciebie. A jeśli Jenna i Will wrócą szybciej… To będziesz mogła tu zostać tyle ile chcesz!
-Naprawdę?
-Naprawdę- uśmiechnęła się- Nick!
Myśli o kolejnej przeprowadzce rozwiały się z prędkością światła, a na ich miejsce wskoczył wspomnienia z dzisiejszego poranka. Spojrzałam za siebie i zobaczyłam szatyna. Miał tak samo zmieszaną minę jak ja. Znów atmosfera stałą się dziwna. Przeszedł koło mnie, nie tracąc ze mną kontaktu wzrokowego. Chrząknęłam, a on wręczył Agathcie papierową torbę.
-Proszę kochanie, jeszcze ciepłe- dał jej całusa w polik.
-Mmmmm, cieplutkie!- położyła torbę na blacie i odwróciła się po masło.
Daliśmy sobie do zrozumienia z Nickiem, że wszystko gra, żeby zapomnieć o tym co było rano W końcu to nic takiego.
Jadłam, a raczej maltretowałam moją bułkę, popijając ją kakao i przysłuchiwałam się co jakiś czas rozmowie o podróży. Spojrzałam na zegarek, 7.30. Odłożyłam na talerz moją nieskończoną bułkę.
-Ja będę się chyba zbierać- wstałam z krzesła.
Ubrałam czerwone, krótkie trampki. Wstąpiłam jeszcze raz do kuchni, aby się pożegnać.
-No, więc pieniądze zostawię na blacie, będę dzwonić codziennie…- ciocia nawijała już chyba dziesięć minut.
-Dobrze Agatho. Wszystko pojęłam- przytuliłam się do niej. Uściskałam jeszcze Nicka- I bawcie się dobrze!- krzyknęłam i wyszłam.
Szłam wolno po chodniku, rozmyślając o wszystkim. Nagle zabrzmiał dzwonek mojego telefonu.
-Halo?
-Hej córuś! Mam dla ciebie dobrą nowiną.
-Hej mamuś. Co to za nowina?- spytałam, kopiąc przy tym kamyk.
-Wracamy!
-CO?!- stanęłam- Ale jak to wracacie?!
-No, jeszcze nie teraz, ale na wakacje chyba uda nam się wrócić. Nie cieszysz się?- spytała smutno.
-Pewnie, że cieszę… Ale, nie będziemy musieli wracać do Nowego Jorku?
-No coś ty! Jeśli Agatha się zgodzi, to zamieszkamy u niej ten miesiąc lub dwa.
-To cudownie!- ulżyło mi.
-O nie, znowu wołają- jęknęła- No dobrze, niedługo znowu zadzwonię. Paaa!- cmoknęła i się rozłączyła.
Po około piętnastu minutach spaceru doszłam pod bramy szkoły. Wchodząc na dziedziniec, usłyszałam za sobą swoje imię. Odwróciłam się.
-Hej Eleno… Przepraszam- zaczął.
-Nataniel? Cześć, spokojnie, już ci napisałam, że ci wybaczyłam.
-Napisałaś? Ale gdzie?
-Noo sms. Napisałeś do mnie, tak?
-Nie… Ja nawet nie mam twojego numeru…
-Czyli to nie byłeś ty?!
-No nie, nie pisałem do ciebie!
-Jeśli to są twoje kolejne żarty, to daruj sobie!- wrzasnęłam.
-Nie! Przysięgam! Dlaczego miałbym żartować?
-Bo żartowałeś sobie, mówiąc źle o Kastielu- ucięłam.
-Bo się o ciebie martwię Eleno… On nie jest… Zasługujesz na kogoś lepszego.
-Dobra, dobra. Nie będziesz mi wybierał znajomych, okej? Ale to mnie teraz nie interesuje. Znasz może ten numer?
-632896732… Nie, przykro mi.
-Kurcze, no dobra. Dzięki- rzuciłam niedbale i poszłam do szkoły.
Po ósmej, Rozalia dawno powinna tu być- pomyślałam.
-Hej Eleno!
-Cześć Violu- przywitałam się- Znasz może ten numer?
-632896732? Niestety, a kto to?
-No właśnie nie wiem… Myślałam, że to Nataniel.
-Cześć dziewczyny!
-Hej Roza, znasz może ten numer?
-632896732… Tak! A nie, jest 6732? Nie 6723?- zaprzeczyłam- No to nie, sorki. A kto to?
-Nie wiem! Sęk w tym, że nie wiem…
-Dzwonił do ciebie?- spytała fioletowłosa.
-Tak- pokazałam dziewczynom sms’y.
-I co? Chcesz się z nim spotkać?
-No nie wiem. Wiecie, gość, którego nie znam…
-Nooo, teoretycznie to go znasz.
-Teoretycznie, teoretycznie. A co mnie teoretycznie, ja chcę praktycznie! Co jeśli to jakiś pedofil?- zaśmiałyśmy się.
-Bez przesady. Pójdziemy z tobą.
-No co ty Rozalio. Widziałaś co napisał. Chce, żeby byli sami.
-Mi tam pasuje, żebyście ze mną poszły!
-Nie. Możemy się kręcić gdzieś koło parku jeśli chcesz- uśmiechnęła się.
-Violetto… Dziękuję ci- położyłam rękę na jej ramieniu.
Porozmawiałyśmy jeszcze trochę o babskich sprawach, zanim doszedł do nas Lysander.
-Eleno, Kastiel cię szukał. Mówi, że musi z tobą porozmawiać- wymieniłyśmy z dziewczynami porozumiewawcze spojrzenia.
-Znasz może jego numer na pamięć?- palnęłam.
-Nie. Dlaczego pytasz?
-A, nieważne. Gdzie jest?
-Był na dziedzińcu, ale teraz…
-Dzięki!- wbiegłam ze szkoły.
Rozejrzałam się dookoła, ale nigdzie nie ujrzałam czerwonej czupryny.
-Bu!- ktoś krzyknął za moimi plecami. Wystraszona, odwróciłam się, machnąwszy ręką. No tak, ktoś kto próbował mnie wystraszyć, teraz trzyma się za obolałą szczękę.
-Dzięki,  miłe powitanie. Lubię kontakt z twarzą, ale niekoniecznie ręką, wiesz?
-Sorki, podobno mnie szukałeś?
-Ta, chciałem ci tylko powiedzieć, że wpadnę po osiemnastej.
-Dziś?
-Dziś.
-W czwartek?
-Tak. Dziś. W czwartek.
-Będziesz się WSPANIALE bawił…- zaśmiałam się.
-No ja myślę- puścił oczko i odszedł nadal trzymając się na szczękę.
-…wśród pieluch- powiedziałam do siebie.
Wróciłam do grupki przyjaciół. Porozmawialiśmy jeszcze, po czym weszliśmy do klasy. Nie interesowałam się żadną lekcją. Siedziałam w ostatniej ławce i cały czas głowiłam się, kto to może być.
Skończyła się ostatnia lekcja. Godzina 14. Rany, mam pół godziny do spotkania z nieznajomym, którego niby znam… Trochę to podejrzane…
-Panno Moore!- zawołał mnie nauczyciel. No tak, już dawno po dzwonku, a ja dalej siedzę w ławce.
-Przepraszam- wrzuciłam wszystkie rzeczy do torby i wybiegłam na dziedziniec.
Dziewczyny już na mnie czekały. Ustaliłyśmy, że w połowie drogi, one skręcą w boczną uliczkę, prowadzącą na bazar, a ja pójdę do parku. Po jakichś dziesięciu minutach, one będą obserwować mnie i mojego towarzysza koło bramy wejściowej.
Tak jak ustaliłyśmy, tak zrobiłyśmy. Dziewczyny skręciły, a ja weszłam do parku.
No to kaplica- pomyślałam, gdy przekroczyłam bramę- Już nie ma odwrotu.
Spojrzałam w telefon. Zegar wskazywał 14.28. Obok widniała jedna nieodebrana wiadomość: „Będę przy fontannie.”
Świetnie. Ruszyłam w stronę fontanny. Zobaczyłam tam jakiegoś chłopaka stojącego tyłem. Ta bluza… Coś mi to mówi. Szara bluza z kapturem, brązowe włosy… Końcówka numeru… 6732… Nie, to nie może być on… To niemożliwe!

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ IX

-Ookej, tylko spokojnie Elena, tylko spokojnie- powiedziałam sama do siebie idąc w stronę zdenerwowanego chłopaka- Chcesz się czegoś napić?
-Masz jakiś sok?
-Tak, może być jabłkowy?- kiwnął głową.
Wyciągnęłam sok z lodówki i postawiłam na blacie. Odwróciłam się po szklankę, po czym spojrzałam na chłopaka.
-Wiesz Kastiel… My- pokazałam na siebie- ludzie cywilizowani zazwyczaj pijemy ze szklanek, a nie z kartonów. Szczególne jak nie jesteśmy u siebie- skrzywiłam się.
-Sory- burknął i odstawił sok. Czy tylko mi się wydaje, że zachowuje się dzisiaj jak neandertalczyk?
-Jesteś głodny?
-Nie.
-No dobra… Więc co cię do mnie sprowadza?- usiadłam naprzeciw czerwonowłosego. Od razu zauważyłam, że bezczelnie się na mnie gapi. No tak, w końcu dalej mam na sobie krótkie spodenki i bluzkę. Bluzkę, która mimo tego, że jest za duża, ma dość głęboki dekolt. Skarciłam się w myślach i zgarnęłam swoje włosy do przodu, aby cokolwiek zakrywały.
-Dziewczyny mi powiedziały.
-Ale co ci powiedziały?
-Dobrze wiesz.
-Ech… nie? Może mnie oświecisz?
-To co nagadał ci ten idiota.
-Mówisz o Natanielu?
-No przecież mówię o tym idiocie.
-No dobra. Ale co ci powiedziały konkretnie?
-Słowo w słowo- popatrzyłam na niego z wyczekiwaniem- Już nie będzie gadać głupot.
-Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że się z nim znowu biłeś?!- wstałam energicznie z miejsca.
-Cholera Elena!- wreszcie wrócił dawny Kastiel- Najpierw gada ci głupoty, odsuwając cię ode mnie, później udaje niewiniątko i myślisz, że mu popuszczę?!
-Skąd mogę mieć pewność, że mówisz naprawdę?
-A dlaczego miałbym kłamać?- wstał i podszedł do mnie przyciskając mnie do blatu.
-No wiesz, znam cię dopiero trzeci dzień…
-Znasz mnie tak samo długo, co jego. A jemu uwierzyłaś- warknął.
-On był taki jakiś… wiarygodny?
-A ja nie jestem?- spytał z ogromnym uśmiechem na ustach.
-No nie wiem, nie wiem- uśmiechnęłam się.
-Chcesz się przekonać jak bardzo wiarygodny jestem?- nie czekając na odpowiedź zaczął mnie całować.
Zaskoczona całą tą sytuacją stałam jak sparaliżowana. Dopiero po chwili zaczęłam oddawać jego pocałunki, które z minuty na minutę stawały się coraz głębsze. Zarzuciłam swoje ręce na jego ramiona. Kastiel podniósł mnie i posadził na blacie. Przyciągnęłam go mocniej do siebie i oplotłam swoje ręce wokół jego szyi. Zaczął delikatnie błądzić rękoma po moich plecach. Przeszedł mnie dreszcz podniecenia. Zaczęłam zdejmować jego ramoneskę. W jednej chwili zrzucił ją z siebie. Moje ręce również wylądowały na jego plecach. Chłopak podniósł do góry moją koszulkę, odsłaniając przy tym brzuch. Delikatnie dotykał moich nagich boków, sprawiając, że moje całe ciało drżało. Jego ręce zmierzały coraz wyżej. Nagle usłyszeliśmy zgrzyt zamka. Czerwonowłosy odskoczył ode mnie jak poparzony. Chwycił swoją kurtkę, która leżała na ziemi i założył ją z powrotem na siebie. Ja szybko zeskoczyłam z blatu i poprawiłam swoją koszulkę.
-Hahaha, tak! I wtedy ją wylał!- ciocia Agatha weszła do domu rozmawiając przez telefon- No, no dobrze Jenna, do zobaczenia- rozłączyła się.
-Hej cio… Agatho!- przywitałam się i wzięłam od niej torby z zakupami.
-Dzień dobry.
-O, cześć Kastiel- przywitała go- Jesteś głodny? Tak? To bardzo dobrze. Zdejmij tę kurtkę, siadaj, ja zaraz przygotuję obiad. I nie ma żadnego „ale”!- krzyknęła myjąc ręce w łazience.
-No, najwidoczniej musisz zostać- uśmiechnęłam się do niego- Siadaj na kanapie, ja zaraz wrócę.
Pobiegłam na górę. Założyłam bieliznę, krótkie jeansowe spodenki i pomarańczową bluzkę na ramiączka.
-Cholera, byłam praktycznie naga…- powiedziałam do siebie, wychodząc z pokoju.
W kuchni ciocia już się krzątała. Po zapachu wyczułam, że robi spaghetti. Mmmm, uwielbiam spaghetti.
-Jak tam w pracy?- zapytałam.
-Bardzo dobrze! Adam, ten co ma firmę, która z nami współpracuje, wreszcie wylał tę Maggie! Jak ja jej nie znoszę, myśli, że jest taka super, piękna, idealna, a nie jest! Pamiętam jak raz na bankiecie…- na migi dałam Kastielowi do zrozumienia, żeby nie przejmować się teraz Agathą.
-Pogada, pogada i przestanie, zobaczysz.
Po około dziesięciu minutach kobieta zawołała nas na obiad.
-Mówiłam!- zaśmiałam się.
-Ale co mówiłaś?- spytała.
-Nie, nic cio… Agatho- uśmiechnęłam się.
Usiadłam obok cioci, a Kastiel naprzeciw nas. Dostaliśmy pełne talerze makaronu z sosem i startym serem.
-Nooo… To smacznego- parsknęłam ponownie śmiechem. Nie powiem, sytuacja była trochę krępująca. Co jakiś czas wymieniałam z Kastielem porozumiewawcze spojrzenia, a ciocia była podejrzanie szczęśliwa.
-No, a jak tam miedzy wami dzieciaki?- chłopak mało co nie zakrztusił się jedzeniem.
-Między nami?- spytałam- Nie ma żadnych nas!
-No… No, że w szkole. Chyba, że jest coś o czym nie wiem- dała mi kuksańca w bok.
-Agatho!- oburzyłam się.
-Oj dobrze, dobrze- zaśmiała się pod nosem.
-No właśnie ciociu- zaczęłam, naciskając na ostatnie słowo- O której wyjeżdżacie?- Kastiel popatrzył na mnie uśmiechając się pod nosem.
-Jakoś po dziewiątej, a co?
-Nie, nic- uśmiechnęłam się.
-Mam nadzieję, że nie chcesz mi roznieść domu- pogroziła palcem.
-No co ty ciociu!
-No! Kastiel- machnęła widelcem w stronę chłopaka- Masz jej pilnować!- wybałuszyłam oczy. Czy ty ciociu mówisz to na poważnie?! Kastiel ma mnie PILNOWAĆ?! Jeśli tak się stanie, to ten dom na pewno nie będzie w jednym kawałku, gdy wrócicie…
-C-co?- był zdezorientowany nie mniej niż ja.
-Żartowałam- zaśmiała się i wstała odnieść talerz- Nie, ale tak na poważnie Elenko, proszę cie, nie roznieś domu, dobrze?
-Pewnie- sapnęłam, wydymając brzuch i opierając się niechlujnie o krzesło- Więc?
-Więc co?
-O której wyjeżdżacie?
-Po dziesiątej wychodzimy. Będziesz już w szkole prawda?
-Tak, tak. W szkole- parsknęłam śmiechem patrząc na Kastiela. Wyglądał, jakby chciał zabić tę ogromną porcję spaghetti.
-Spoko, nie musisz jeść tego do końca- zaśmiałam się.
-Dzięki…- sapnął.
To prawda, że dla mężczyzn ciocia zawsze nakłada gigantycze porcje, których i tak nikt do końca nie je. Oczywiście nie obejdzie się później narzekania cioci, że jej jedzenie nikomu nie smakuje…
Zabrałam swój i Kastiela talerz i zaniosłam do zlewu.
-To co? Deserek?- zaproponowała.
-NIE!- wrzasnęliśmy oboje.
-No dobra, dobra- oburzyła się- Idę się spakować.
-Może ci pomóc?- spytałam.
-Mogłabyś?! A nie, masz gościa…
-Właściwie- chłopak wstał- To ja już muszę iść. Dziękuję za pyszny obiad i do widzenia.
-Do widzenia!- rzuciła ciocia, wchodząc na górę.
-Pożegnam Kastiela i już do ciebie idę Agatho!- krzyknęłam.
Ruszyłam z nim przez korytarz.
-To co? Impreza w czwartek, piątek, czy sobotę? A może od razu 3?
-Chyba śnisz. Chcesz to rób imprezę u siebie, ja nie zamierzam ich tu robić- sapnęłam.
-No weź… Nie daj się prosić- uśmiechnął się nonszalancko.
-Nie dam, bo i tak jej nie zrobię.
-Nie zdziw się. Acha, no i… Pamiętaj o czwartku- puścił mi oczko i wyszedł bez słowa?
Czwartek… Czwartek? O co mu chodzi z czwartkiem… CZWARTEK! Miał przyjść… Wie, że cioci nie będzie… No to nie żyję- pomyślałam i zamknąwszy drzwi udałam się na górę w celu pomocy cioci.
-I jak się miedzy wami układa?- spytała, gdy tylko przekroczyłam próg jej sypialni.
-Nie ma żadnych nas.
-Wiesz, że to nieładnie kłamać- oburzyła się.
-Kurczę, ja nie kłamię!
-Własną ciotkę okłamywać?! A masz!- rzuciła we mnie wielką poduszką, która wylądowała wprost na mojej twarzy.
-O nie!- rzuciłam się na nią i tak oto rozpętała się wojna na poduszki.
Walczyłyśmy dobre pół godziny, zanosząc się gromkim śmiechem. Wreszcie musiałyśmy przerwać, żeby trochę odsapnąć.
-No, teraz to chyba spaliłyśmy cały obiad- zaśmiałam się.
-HAHA, masz rację kochana! Czy mi się zdaje, czy ktoś dzwoni do drzwi?
-Tak… Otworzę!- zerwałam się z łóżka i mało nie zabijając się na schodach, otworzyłam drzwi.
-Dobry wieczór pani Jenkins- powitałam naszą sąsiadkę i najlepszą przyjaciółkę cioci.
-Witaj kochanie, jest może Agatha?
-Tak, proszę- wpuściłam ją do środka- Niech się pani rozgości, a ja pójdę po ciocię.
Wysoka, szczupła blondynka udała się do salonu, a ja ruszyłam na górę po Agathę.
-Hej Care!- uściskały się- Co tam u ciebie?- usiadły i zaczęły plotkować.
-Przepraszam pani Jenkins…
-Eleno, proszę cię, mów mi po imieniu, dobra?- uśmiechnęła się.
-No dobrze… A więc, Caroline chcesz herbaty lub kawy?
-Poproszę kawę.
-I mi też możesz zrobić kochanie- odezwała się Agatha.
Poszłam do kuchni i wstawiłam wodę. Otworzyłam lodówkę na oścież i patrzyłam w głąb w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Jak na złość, nie znalazłam nic na co miałabym ochotę. Nasypałam więc kawę do filiżanek i zalałam wodą. Powoli przyniosłam je do salonu, za chwilę doniosłam cukier i usiadłam na jednym z foteli obok. Przysłuchiwałam się ich plotkom, włączając się czasem do rozmowy.
-Właśnie Agatho, jesteś wolna w czwartek i piątek wieczorem?
-Nie, przykro mi. Mówiłam ci, że jutro wyjeżdżamy z Nickiem.
-Och, no tak. Zapomniałam- zasmuciła się.
-A co? Może mogę ci jakoś pomóc?
-Nie sądzę, wjeżdżamy jutro wieczorem z Robertem i nie mam z kim zostawić Tobby'ego.
-Care- zaczęłam- Jeśli chcesz… To ja mogę się nim zająć- zaproponowałam.
-Naprawdę?!- ucieszyła się.
-No nie wiem, nie wiem… Masz szkołę Elenko- wtrąciła się ciocia.
-Mogę chyba raz nie iść do szkoły co?- zaśmiałam się.
-Raz?- popatrzyła na mnie z politowanie- A dziś to co?
-No, ale dobrze się uczę i…- zastanowiłam się chwilę- I nie można zostawić sąsiadki w potrzebie- wyszczerzyłam się.
-Ech, jeśli chcesz i czujesz się na tyle odpowiedzialna…
-Wspaniale!- klasnęła w ręce- Jutro przyjdę i wszystko ci wytłumaczę okej?
-Pewnie! A właściwie… Ile Tobby ma lat?
-Dziesięć miesięcy. Dasz sobie radę kochanie?
-Pewnie! Uwielbiam dzieci!
Kobiety znów zaczęła rozmawiać o pracy, facetach, kosmetykach i tak dalej. Odłączyłam się.
Szykuj się Kastiel, będziesz miał swoją imprezę z małym dzieckiem- pomyślałam, uśmiechając się pod nosem.

piątek, 15 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ VIII

Przekręciłam zamek w tym samym momencie, w którym chłopak złapał za klamkę.
-Elena otwórz! Proszę…
-Odejdź stąd
-Nie,  najpierw pogadamy.
-Nie mamy o czym. Ile razy mam ci to tłumaczyć?
-Cholera wpuść mnie wreszcie!- kopnął w drzwi.
-Ej, jak ja cię zaraz kopnę, to pożałujesz!
-Już się boję- zakpił.
-A powinieneś.
-Słuchaj, nie byłoby lepiej, jakbyś mnie wpuściła i pogadalibyśmy jak normalni, cywilizowani ludzie, a nie przez te drzwi?
-Ale czy ty nie potrafisz zrozumieć, że nie chcę mieć z tobą nic do czynienia?!- wrzasnęłam i ruszyłam w stronę kuchni.
-Elena?- usłyszałam swoje imię będąc w kuchni i przyrządzając sobie naleśniki. Zignorowałam to i włączyłam muzykę. Cały czas słyszałam pukanie do drzwi, więc pogłośniłam muzykę jeszcze bardziej. Skończyłam smażyć naleśniki i zauważyłam, że mam 8 nieodebranych połączeń od cioci. Szybko ściszyłam muzykę i zadzwoniłam.
-Halo? Elena? Dlaczego nie odbierałaś? Coś się stało?!
-Nie, nie, po prostu nie słyszałam telefonu. Robiłam naleśniki- dodałam.
-No dobrze. Chciałam cię tylko poinformować, że mamy urwanie głowy w pracy, więc wrócę dopiero jutro.
-Ale jak to jutro?
-No bo zapewne skończę pracę około pierwszej i pójdę do Nicka- zaśmiała się.
-Okej, okej. Rozumiem, bawcie się dobrze- również się zaśmiałam sięgając do szafki po czekoladę.
-No, tylko nie siedź do późna!
-Okej, okej. Pa- rozłączyłam się. Odwróciłam się i wrzasnęłam.
-Co ty tutaj robisz?!- przede mną stał Kastiel.
-Stoję i czekam na- wziął ode mnie słoik- czekoladę.
-WYNOCHA! Wiesz jak to się nazywa?! Włamanie!
-Nie trzeba było zostawiać klucza pod wycieraczką- skrzywił się.
-Po pierwsze, nie ja go tam zostawiłam, tylko Agat… Hej! Grzebałeś mi koło domu?!
-Nie- powiedział niewinnie.
Podeszłam do drzwi i otworzyłam je na oścież.
-Wyjdź- powiedziałam beznamiętnie.
Popatrzył na mnie jak na idiotkę. Podeszłam, złapałam go za kurtkę i pociągnęłam za sobą. Wypchnęłam go na zewnątrz zatrzaskując drzwi. Zamknęłam drzwi na dwa zamki. Tak dla bezpieczeństwa.
-Cholera Elena!- wrzasnął wściekły.
-Jak zaraz sobie stąd nie poleziesz, to dzwonie na policję!
-HAHAHA! I co im powiesz?
-Że mnie nachodzisz, że jesteś jakimś pedofilem!
-Jesteś w moim wieku skarbie.
-Zboczeniec- syknęłam i udałam się z powrotem do kuchni nie zważając na jego komentarze.
Przełożyłam naleśniki czekoladą i udekorowałam je bitą śmietaną. Wzięłam jedzenie i poszłam do salonu. Usiadłam na kanapie i włączyłam jakąś komedię. Delektowałam się naleśnikami słuchając jak czerwonowłosy próbuje dostać się do środka. Kastiel i film doprowadziły mnie do takiego stanu, że leżałam na ziemi i śmiałam się w niebo głosy. Po chwili uspokoiłam się. Nikt nie pukał do drzwi, Nikt nie krzyczał, nie przeklinał  i nie wymawiał w kółko mojego imienia. Podeszłam cicho do drzwi i popatrzyłam przez wizjer.
-Długo tu będziesz siedział?- zapytałam.
-A co?
-No nic. Po prostu siedzisz na tej wycieraczce i wyglądasz jak idiota.
-Gdybyś mnie wpuściła to nie wyglądałbym jak idiota.
-To chyba wolę, żebyś dalej tak wyglądał- usiadłam na ziemi oparta plecami o drzwi.
-Ale ja nie wolę.
-Ale to twój problem- skrzywiłam się.
-Mój, ale mam go przez ciebie.
-Nie pójdziesz sobie stąd, no nie?
-Nie.
W jednej chwili zakręciło mi się w głowie. Zrobiło mi się słabo i niedobrze. Zerwałam się na równe nogi i chwiejąc się pobiegłam do łazienki, która była niedaleko kuchni po prawej stronie.
-Elena co się dzieje?!- usłyszałam krzyk za drzwiami.
Nie! Nie! Nie! Tylko nie to!- pomyślałam. A jednak. Moje przepyszne naleśniki ujrzały światło dzienne. Świetnie, po prostu świetnie. Uwielbiam leżeć na zimnych kafelkach z toalecie z twarzą nad sedesem i najzwyczajniej w świecie umierać…
Po jakiejś pół godzinie wyszłam z łazienki. Mimo zużytej pół tubki pasty do zębów dalej czułam ten obrzydliwy posmak w ustach. Powoli poszłam do kuchni zaparzyć sobie mięty. Na sam widok naleśników, które zostały na blacie, znów zrobiło mi się niedobrze. Chyba przesadziłam z ilością tej czekolady i bitej śmietany… Spojrzałam na puszkę. No tak, bita śmietana jest przeterminowana.  Od razu wyrzuciłam ją do śmieci, a razem z nią resztę niedojedzonych naleśników. Wzięłam kubek z gorącym napojem i położyłam się na kanapie. Wzięłam pilot do ręki i skacząc po kanałach przysłuchiwałam się ciągłemu waleniu w drzwi. Trafiłam na jakiś program kulinarny. Poszłam na górę i przebrałam się w dresowe spodnie i jakąś za dużą koszulkę. Chwyciłam moją piżamę, poduszkę, koc i zeszłam ponownie na dół. Godzina 18.30. Położyłam się wygodnie i oglądałam program. Okazało się, że to jakiś maraton tego programu i skończyłam go oglądać jakoś po północy.
-Ups... A jutro, raczej dzisiaj szkoła. Chyba nie pójdę- zaśmiałam się.
Udałam się do łazienki. Napuściłam gorącą wodę do wanny, wlewając do niej przeróżne olejki zapachowe.
Taaaak, kąpiel to to co kocham- pomyślałam wchodząc do wanny.
Gorąca woda sprawiłam, że po moim ciele przeszedł przyjemny dreszcz. Moje myśli krążyły tylko wokół Kastiela. Nie mogę pojąć do czego on zmierza. Może teraz tylko udaje, że się martwi… Chociaż nie wyglądało no to, żeby tylko udawał. Co tak naprawdę do mnie czuje… Czuje? Nie, to niedorzeczne, żeby cokolwiek do mnie czuł. Ale z drugiej strony… Nowo poznane osoby nie całują się ze sobą od razu… Cholera! To jest za trudne!
-Dobra, starczy. Teraz chcę się zrelaksować…- zamknęłam oczy.
Zrelaksować… Zrelaksować… Zrelaksować na kocu, razem z moimi dawnymi przyjaciółmi i ich rodzicami. No tak… Ciekawe co u nich. Jak sprawy toczą się w tamtym liceum. Tamto liceum, tamto miasto, dom, rodzice… Rodzice!
-Halo?- usłyszałam głos w słuchawce.
-Hej mamuś- przywitałam się.
-Och, Elenka! Jak u ciebie? Wszystko w porządku? Jak liceum? Dobrze? Jak ciocia? Dogadujecie się? Dobrze się czujesz? Przepraszam, że nie zadzwoniliśmy wcześniej, ale wiesz jakie mamy urwanie głowy- zmartwiła się.
-Tak, wiem… No więc, u mnie jak na razie wszystko dobrze. Liceum jest naprawdę niesamowite! Znalazłam już sobie znajomych, można powiedzieć, że nawet przyjaciółki. Ciocia? Agatha mamo- zaśmiałam się- Wiesz, że zawsze miałam z nią bardzo dobry kontakt, nic się nie zmieniło, jest super! Czy dobrze się czuję? Nie za bardzo, wiesz… Zjadłam naleśniki z bitą śmietaną… Przeterminowaną bitą śmietaną- skrzywiłam się.
-Córeczko- zaśmiała się- Dalej masz bzika na punkcie swoich naleśników? No dobrze, ale nie zatrułaś się?
-Nooooo…
-Zaparzyłaś sobie mięty?
-Tak- wyszczerzyłam zęby- Jesteś ze mnie dumna?
-Z ciebie? Zawsze!- zaśmiałyśmy się obie- A co teraz robisz?
-Biorę kąpiel, ale chyba zaraz pójdę spać, bo dochodzi 1.30
-Elenka! Jutro szkoła…
-Wiem, ale nie najlepiej się czuję… Właśnie, nie spytałam się. Jak u was?
-No cóż, interes się kręci, można rzec, że lepiej nie było nigdy. Mamy bardzo dobrych pracowników. Naprawdę, sumienni, perfekcyjni, lepiej nie mogło nam się trafić!
-Cieszę się! A gdzie tata?
-Tata? Tata musiał zostać dłużej w biurze, o nie, znowu mnie wołają- jęknęła.
-Dobrze, to może leć załatwić wszystkie sprawy i pogadamy innym razem? Jak będzie tata?
-Na pewno? Mogą przecież poradzić sobie beze mnie…
-Na pewno mamo! Pozdrów tatę!
-Dobrze, do usłyszenia córeczko. Kocham cię.
-Ja ciebie też. Tęsknie…
-Ja bardziej, papa- cmoknęła w słuchawkę i się rozłączyła.
Wyszłam z wanny, dokładnie się wytarłam i spuściłam wodę z wanny. Owinęłam się ręcznikiem i wszyłam z łazienki. Poszłam do salonu i przebrałam się w piżamę. Wróciłam do łazienki, żeby powiesić ręcznik i zabrać swoje rzeczy. Zahaczyłam po drodze lustro i nakremowałam sobie twarz.
Zaparzyłam sobie jeszcze mięty, pozasłaniałam okna i położyłam się na sofie. Przez połowę nocy nie mogłam zasnąć z powodu nudności i bólu głowy. Z tego co pamiętam, zasnęłam grubo po 4.
O godzinie 7.30 zadzwonił budzik. Po dłuższej chwili wstałam dość energicznie, co nie było zbyt dobrym pomysłem. Jak poprzedniego dnia znajdowałam się teraz nad muszlą klozetową. Dochodziła godzina 8.
-Lekcje na 9- sapnęłam- Chyba nie dam rady.
Po mękach, które przeszłam z samego rana, nieco się odświeżyłam i powolnym krokiem skierowałam się do kuchni w celu zaparzenie sobie kolejnego kubka mięty. Wlewając wrzątek do kubka, poczułam jaka jestem zmęczona No tak, po dwóch i pół godzinie snu, człowiek ma prawo być zmęczony. Napiłam się i usiadłam na kanapie. Popatrzyłam w telefon. „1 nieodebrana wiadomość”.
-Cześć Elenko, jak już mówiłam, nocowałam u Nicka. Poszłam od razu do pracy. Będę po 16, buziaczki- przeczytałam treść SMS’a.
Odłożyłam telefon i zastanawiałam się, czy iść do szkoły. Miałam wstawać, gdy mój ból głowy stał się silniejszy. Opadłam z powrotem na koc.
-Nie ma mowy. Nigdzie dzisiaj nie wychodzę- pokręciłam delikatnie głową.
Sięgnęłam torbę i wyciągnęłam z niej tabletki. Łyknęłam dwie, popiłam i ponownie się położyłam. W przeciągu paru minut zasnęłam. Tak dobrze mi się spało. Aż nagle mój telefon zadzwonił. Nie patrząc kto to, po prostu odebrałam.
-Tak?
-Elena? Czy ty jeszcze śpisz? Dlaczego cię nie ma? Coś się stało?
-Nie Roza, wszystko w porządku- odpowiedziałam niewyraźnie.
-No więc dlaczego cię  nie ma?
-Po prostu źle się czuję, otrułam się czymś… Jutro będę.
-No na pewno jutro będziesz! Po szkole wpadniemy do ciebie z Violą, paaa!- rozłączyła się, ponieważ zadzwonił dzwonek.
-Pa- odpowiedziałam sama sobie i rzuciłam się zmęczona na poduszki.
Nagle rozległo się walenie do drzwi. Niechętnie wstałam i poszłam otworzyć drzwi. Oczywiście po drodze uderzyłam się w małego palca o kant szafy w przedpokoju. Syknęłam z bólu. Otworzyłam drzwi trzymając się za stopę. Gdy ból nieco minął, a dziewczyny usadowiły się w kuchni prze blacie, poczułam, że nudności i ból głowy minął.
A wystarczyło się porządnie wyspać- zaśmiałam się.
-Co?- zapytała białowłosa.
-Nie, nic- usiadłam naprzeciw nich- I co tam ciekawego w szkole?
-Dyrektorka coś organizuje.
-Co?
-Tego nikt nie wie… Peggy się dowiedziała, ale nie dowiedziała co konkretnie…
-Mam nadzieje, że to coś wystrzałowego!- oczy mi się zaświeciły- Może wycieczka!
-Ooooo, to byłoby super!
-Prawda? Jest coś konkretnego zadane?
-Tak, jakiś esej na historię.
-No to całkiem nieźle…
-Tak, tak, dobra Violka, zbieraj się, idziemy.
-Co? Ale dlaczego?
-No wiesz, jest już przed 15, ja muszę się spotkać z Leo, a Viola, a Viola musi wyprowadzić psa!- Rozalia pociągnęła dziewczynę do wyjścia.
-Psa? Violetta nie ma psa!- wybiegłam za nimi na dwór.
-Pa!- machnęła do mnie i szybko skręciły w inną uliczkę.
-Elena!- czerwono włosy szybkim krokiem zmierzał w moją stronę- Nawet nie waż się zamknąć mi drzwi przed nosem!
A więc one to zaplanowały?- pomyślałam- Zabije je…
-Cześć- przywitałam go- Chcesz wej…- chłopak nie czekając nie dalszą część po prostu wszedł do mieszkania.
-Okej, tylko spokojnie Elena. Tylko spokojnie- powiedziałam sama do siebie, idąc w stronę zdenerwowanego chłopaka.

_______________________________________________________

No więc rozdział jest...mam nadzieję, że udany c:

sobota, 9 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ VII

-Wręcz przeciwnie!- teraz będę mogła dokopać temu idiocie!
Razem z Violettą udałyśmy się do szatni, zgarniają po drodze Rozalię. Przyszłyśmy ostatnie, ale przebrałyśmy się pierwsze. Miałam na sobie czarne spodenki i bokserkę oraz czarne trampki. Ruszyłyśmy na salę gimnastyczną, gdzie czekał nauczyciel wraz z chłopakami.
-Zawsze się tak guzdrzecie?- zaczepił nas Kastiel.
Popatrzyłam na niego z obrzydzeniem i przeszłam na drugą stronę sali. Mina mu zrzedła, ale nie odezwał się więcej. Po chwili doszły inne dziewczyny i nauczyciel sprawdził obecność, po czym zakomunikował, że gramy w koszykówkę. O tak! Kocham tę grę. No i można nieźle komuś przywalić. Borys podzielił nas na dwie grupy. W jednej byłam ja, Rozalia, Violetta, Lysander i Nataniel, a w drugiej Kastiel, Iris, Kim, Peggy i Melania.
-Ponieważ w drużynie drugiej są same dziewczyny- parsknęłam śmiechem- i Kastiel, dołączy do nich Dajan- w tym momencie do sali wszedł wysoki chłopak o ciemnej karnacji i w dredach, teraz spiętych w krótką kitkę- Proszę dołącz do tej grupy chłopcze.
Jak się później dowiedzieliśmy, Dajan nie chodzi do naszego liceum, ale przyjeżdża tu na wymiany szkolne oraz udziela się w naszym klubie koszykówki, a także jeździ na różne zawody. Przyznam, że całkiem niezły jest ten chłopak. No… Do tego lubi koszykówkę tak jak ja. Już jedna wspólna rzecz.
Nauczyciel powiedział, żebyśmy się ustawili. Nasza grupa zajęła lewą część sali, a przeciwna- prawą. Związałam niedbale włosy w koka i zaczęłam się rozciągać tak jak inni. Dlaczego zawsze, gdy nie mam takiej potrzeby, to ładnie upnę włosy… Nienawidzę tego.
Usłyszeliśmy gwizdek i piłkę w powietrzu. Gra się zaczęła. Od razu chwyciłam piłkę i kozłując podbiegłam do kosza przeciwników i zdobyłam punkt dla naszej drużyny. Oj, Kastiel i Dajan chyba się tego nie spodziewali. Po chwili jednak zreflektowali się co się dzieje i zaczęli grać jak należy. Bardzo często gra toczyła się miedzy mną, a Dajanem. Widziałam, że Kastiel był wściekły, co sprawiało mi niezmierną radość. Ostatni rzut za 3 punkty. Tak! Trafiony! I właśnie dzięki mojemu rzutowi wygraliśmy 13-10 z drużyną Dajana. Gra była bardzo udana. Nie powiem, Rozalia i Violetta całkiem dobrze grają, nawet Nat raz trafił do kosza. Lysander za często nie biegał za piłką. Można raczej powiedzieć, że bardzo często stał w miejscu zamyślony. Co do drużyny przeciwnej… Dajan gra rewelacyjnie, co ani trochę mnie nie dziwi. Kastiel niestety też bardzo dobrze. Dziewczyny niespecjalnie udzielały się podczas gry, przez co chłopacy byli wściekli. Zadzwonił dzwonek na przerwę.
-Okej dzieciaki, idźcie na przerwę, a na drugiej lekcji pójdziemy na dwór.
-Nieźle grałaś!- rzuciła Rozalia gdy do nich podeszłam.
-Musisz mnie tego nauczyć- stwierdziła Violetta.
-Bez przesady. Jeny, nie odłożyłam piłki, idźcie zaraz do was dojdę- powiedziałam idąc w stronę magazynku. Weszłam do niego i coś pociągnęło mnie za rękę.
-Co się…
-Ciiii- zakrył mi usta dłonią i pociągnął w głąb ciemnego pomieszczenia. Zaczęłam się szarpać- Cholera co ty wyprawiasz?!
-Co ja wyprawiam?! Chyba co TY wyprawiasz!
-Chcę z tobą pogadać.
-Ale ja z tobą nie chce.
-Co ja ci zrobiłem? Od sprawdzianu się do mnie nie odzywasz…
-Kastiel…- nie dokończyłam, ponieważ mnie pocałował.
-Cholera!- odskoczyłam od niego jak poparzona, po czym z całej siły przywaliłam mu w twarz- Jak śmiesz!- wrzasnęłam i odwróciłam się wściekła na pięcie.
-Elena!- krzyknął za mną, na co ja rzuciłam piłką w jego stronę. Był zszokowany całą tą sytuacją i nie zauważył lecącej piłki. Dostał prosto w brzuch. Jęknął i zgiął się w pół. Szybko wybiegłam z magazynu i popędziłam do szatni.
-Hej co tak długo cię nie było?- usłyszałam na wejściu. Machnęłam tylko ręką i poszłam do umywalki. W lustrze zauważyłam, że moje poliki są całe czerwone i gorące. Schłodziłam twarz wodą, ale nie pomogło.
-Hej, Ele…Łooo!- białowłowa zrobiła wielkie oczy- Miałaś zderzenia z pomidorem albo burakiem?
-Aż tak to widać?- skrzywiłam się.
-I to bardzo… Co się stało?- w tym czasie do toalety weszła Violetta robiąc tak samo duże oczy jak Rozalia.
Opowiedziałam dziewczynom całą historię.
-To byłoby takie romantyczne… Gdyby nie ta twoja durna reakcja- oburzyła się Roza.
-No dobra, ale dlaczego to zrobiłaś? Wydaje mi się, znaczy mi i Rozalii- dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia- że między wami coś jest…
-Ech, na początku też tak myślałam- teraz opowiedziałam im to, co powiedział mi Nat.
-Em… Jesteś pewna, że dobrze to zinterpretowałaś?
-Rozalio!- podniosła ręce w geście obronny.
-Małpa- ucięła fioletowłosa- Ale podobało mi się jak go znokautowałaś- zaśmiałyśmy się.
-I mam zamiar znokautować go ponownie- podniosłam się z ziemi, ponieważ zadzwonił dzwonek. Spojrzałam w lustro- Uffff, rumieńce zniknęły. Możemy iść.
Wyszłyśmy na dwór. Chwilę poczekaliśmy na nauczyciela. Gdy przyszedł z piłką w ręku wszystko było jasne.
-Gramy w piłkę nożną!- krzyknął z końca boiska. Za chwilę zza rogu wyszło dwóch chłopaków. Jeden w czarnych, drugi w niebieskich włosach. Gdy podeszli do nas, zauważyłam, że ten w niebieskich włosach na różowe oczy. Zapewne soczewki.
-Dobra, a gdzie ten od kosza?- zapytał czerwonowłosy.
-Dajan? On gra w koszykówkę, a nie w piłkę nożną chłopcze- odpowiedział mu nauczyciel.
-Jak z drużynami?- zapytałam po chwili.
-Chłopcy na dziewczęta- uśmiechnął się szeroko.
-To niesprawiedliwe. Jest 5 na 7- oburzył się.
-Oj Kastiel, nie dasz sobie rady z dziewczynami?- zapytałam złośliwie, na co wszyscy zaczęli się śmiać.
-Dobra, dobra. Gramy dzieciaki- polecił Borys.
W naszej grupie na bramce stanęła Kim, a u chłopaków stanął Kastiel. Ech, bomba. Jak się okazało, dziewczyny bardzo dobrze grają w nożną. Szczególnie Iris, jest naprawdę dobra. Byłam przy piłce, szykowałam się do kopnięcia prosto w bramkę. Spojrzałam przed siebie i zauważyłam szczerzącego się do mnie Kastiela. Od razu przypomniała mi się sytuacja w magazynku i słowa Nata „jesteś kolejną idiotką, która dała się nabrać”. Złość się we mnie spotęgowała do granic możliwości. Z całą swoją siłą kopnęłam piłkę. Nie wiem, czy to na moje szczęście, czy jego nieszczęście, ale chłopak znów dostał w brzuch. Niestety to była piłka od nożnej, z której dostał z całej siły. Chwile nic, po sekundzie rozległy się jęki i siarczyste przekleństwa rzucane w moją stronę. Teraz chłopak stał oparty o bramkę i kurczowo trzymał się podbrzusza. Chyba wiem dlaczego AŻ tak go boli. Nie moja wina, należało mu się. Jednak posiadam trochę kultury i podbiegłam do niego pytając się czy nic poważnego mu się nie stało.
-Cholera co ty wyprawiasz! Chcesz mnie zabić, czy jak?!- wrzasnął.
-T-to nie moja wina!- podbiegł do nas nauczyciel.
-Elena, idź z Kastielem do pielęgniarki.
-Dobrze- ruszyłam po woli w stronę szkoły.
Szliśmy w ciszy. Czasem dało się słyszeć przekleństwa rzucane przez czerwonowłosego. Zniknęliśmy za rogiem sali.
-Możemy wreszcie porozmawiać?- spytał.
-Nie mamy o czym- uciął.
-A mi się zdaje, że jednak mamy- spojrzałam na niego pytająco- Najpierw ratujesz mi dupę, później pomagasz mi przy jakimś durnym sprawdzianie, a na następnej lekcji jesteś dla mnie jakaś zimna.
-Och, wydaje mi się, że powinieneś doskonale wiedzieć o co mi chodzi- warknęłam.
-Cholera, gdybym wiedział, to chyba bym się nie pytał, nie?
-Ja tam nie wiem. Nie obchodzisz mnie.
-Przestaniesz w końcu?!
-Ale o co ci chodzi?!
-O to co robisz!
-O patrz, gabinet. Idź tam- rozkazałam. Chłopak tylko syknął i wszedł do pomieszczenia.
Usiadłam na ławce.
-Jak on może być tak bezczelny? Wyzywać mnie i obrażać, później całować i pytać się co ona takiego zrobił! Niech się cieszy, że nie dostał w mor… W twarz.
-Elena?- usłyszałam i odwróciłam się w stronę dochodzącego głosu. Dyrektorka.
-Dzień dobry- powiedziałam i wstałam.
-Co ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś na lekcji?
-Czekam tu na Kastiela.
-Na Kastiela?!- zdenerwowała się.
-Jest u pielęgniarki- dodałam pospiesznie.
-Znowu się z kimś bił?!
-NIE! Ja przez przypadek… Graliśmy w piłkę nożną i dostał w brzuch… Oczywiście nie było to celowe!
-No dobrze… Właśnie szłam wam oznajmić, że nie macie dalej lekcji, ponieważ pani od chemii musiała szybko wracać do domu. Możesz przekazać reszcie?
-Tak, oczywiście.
-Dobrze. Tylko od razu idźcie do pana Borysa!- rozkazała- Dowiedzenia.
-Dobrze, dziękuję. Do widzenia- pożegnałam się i zaczęłam chodzić w kółko.
Pomimo gniewu, trochę się o niego martwiłam. Szczególnie, że już dość długo nie wychodził. Wreszcie po 20 minutach czekania drzwi się otworzyły i chłopak wyszedł.
-Dyrektorka tu była- zaczęłam.
-I po co mi to mówisz?
-Bo nie mamy już lekcji. Pani od chemii musiała wracać do domu.
-Super.
-Co mówiła pielęgniarka?
-Teraz cię interesuje jak się czuję?
-Zawsze mnie inte… Po prostu się martwię.
-Nic poważnego.
-Masz bandaż?- przytaknął- Widać…
-Doprawdy?- przystanął na chwilę. Również stanęłam. Przysunął się do mnie przegniatając do ściany- Powiesz mi wreszcie o co ci chodzi?- spytał cicho.
-Nie udawaj…
-Nie udaję- powiedział cicho łaskocząc moją szyję oddechem.
-Kastiel proszę cię…- jęknęłam.
Chłopak nie zważając na moje słowa zaczął delikatnie całować moją szyję. Zaczął przesuwać się w górę. Wyżej i wyżej aż natrafił na moje usta. Zaczęliśmy się całować. Najpierw delikatnie i zmysłowo. Później coraz namiętniej. Kastiel błądził swoimi rękoma po moich ramionach i plecach, a ja bawiłam się jego włosami i końcem rzemyka, który miał na szyi. Przypomniał mi się moment spod szkoły. Było tak cudownie. Tak samo jak teraz.
-Nie Kastiel- odsunęłam się od niego- Nie chcę!- wybiegłam ze szkoły udając się na boisko.
Krzyknęłam, że nie ma zajęć i powiedziałam, że muszę iść do szatni. Nauczyciel dał mi klucz. Wbiegłam do niej, po czym zamknęłam się od środka. Usiadłam na ziemi i łzy spływał mi po policzkach. Usłyszałam pukanie do drzwi. Podeszłam do nich cicho.
-Elena! Wiem, że tam jesteś. Otwórz.
Usiadłam bezszelestnie pod drzwiami dalej nic nie mówiąc.
-Powiedz mi chociaż dlaczego uciekłaś?- spytał delikatnie, a moje oczy znów stały się wilgotne.
-Odejdź stąd… Nie mam ochoty z tobą gadać.
-Więc nie gadaj, tylko mnie wpuść. Ja będę gadać.
-Nie- rzuciłam wstając z podłogi.
Podeszłam do lustra. Całe czerwone, napuchnięte oczy. Mokre policzki. Nie, tak nie może być- pomyślałam.
Ochlapałam twarz lodowatą wodą i poszłam się przebrać. Poprawiając trampki usłyszałam szarpnięcie za klamkę.
-Elena?
-Roza?- zapytałam ostrożnie.
-Możesz otworzyć nam te drzwi?- wstałam i otworzyłam drzwi- Co się stało?
-Nie,  nic. Po prostu źle się czuję- wszystkie dziewczyny weszły i zaczęły się przebierać- Mam na was poczekać?
-Jeśli chcesz, ale skoro źle się czujesz, to może idź do domu?- zaproponowała Violetta.
-Dzięki…- już miałam wychodzić, ale podeszłam do Rozalii- Hej, mogłabyś przekazać Natanielowi, że jednak nie mogę się dziś z nim spotkać?
-Tak, pewnie! Idź i odpocznij- uśmiechnęła się.
-Pa!- rzuciłam dziewczynom i wyszłam z szatni.

Przeszłam przez salę gimnastyczną, uf na szczęście czysto. Dziedziniec był trochę zapełniony ludźmi, ale nigdzie nie widziałam Kastiela. Wyszłam przed szkołę. Włożyłam do uszu słuchawki i powoli szłam w stronę domu. szłam bardzo powoli słuchając jakchiś smętów. Po około 20 minutach dotarłam pod dom. Wyjęłam słuchawki z uszu i zamknęłam za sobą bramkę. W połowie drogi do drzwi usłyszałam jak ktoś woła moje imię. Odwróciłam się i ujrzałam Kastiela biegnącego w moją stronę. Jak burza rzuciłam się do drzwi. Cioci nie ma, dom zamknięty. Trzęsącymi się rękoma przekręciłam klucz w zamku. Wyjęłam go, otworzyłam drzwi. Kastiel wbiegł przez bramkę. Weszłam, zamknęłam drzwi. Przekręciłam zamek w tym samym momencie, w którym chłopak złapał za klamkę.
-Elena otwórz! Proszę...

____________________________________________________________

No, rozdział jest i mam nadzieję, że się podoba oraz, że następny już wkrótce :3 

czwartek, 7 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ VI

-Bo nienawidzę tych ludzi i tyle- syknął i poszedł otworzyć drzwi, do których ktoś od dłuższego czasu się dobijał.
Po chwili chłopak wrócił, a za nim kroczył Lysander. Och, świetnie, ciekawe co sobie pomyśli..
-Elena?- zdziwił się zobaczywszy mnie.
-Eh, cześć Lysander- spojrzałam na telefon- Ohoho! Któraż to godzina! 8.30 muszę lecieć, pa!- rzuciłam i wyszłam z domu.
Zamknęłam furtkę i odetchnęłam głośno. Ruszyłam przez ulicę do swojego domu. Weszłam przez bramkę i usłyszałam krzyki.
-Cholera! Może się przestraszyła! Wiedziałam, że to zły pomysł, że się tak dowiedziała! Co ja najlepszego zrobiłam! Jenna mnie zabije! Dzwonimy na policję!
Szybko weszłam do domu chcąc ocenić tę „groźną” sytuację.
-Hej, co się stało?- spytała, gdy tylko weszłam.
-Elena zniknęła! Uciekła! Boże! Jenna mnie zabije!!! Zaraz, zaraz… Elena?!- rzuciła się na mnie mocno ściskając- Gdzie ty uciekłaś?!
-C-co?! Udusisz mnie!- odsunęłam ją od siebie- Przecież zostawiłam karteczkę- ruszyłam do kuchni- Hej Nick!- uśmiechnęłam się i zaczęłam szukać pozostawionej przeze mnie notki. Nie powiem, szukałam wszędzie, ale nigdzie jej nie było. Zrezygnowana usiadłam na krześle przy blacie i zauważyłam coś pod talerzem ze stosem kanapek. Przesunęłam go i wzięłam do ręki karteczkę- „Hej ciociu, lekcje zaczynam o 9, ale poszłam na spacer. Nie martw się Elena”.
-Och… Ech… No więc… Także ten, no… Mogłaś przykleić tę karteczkę na lodówce- fuknęła- A ja tak się martwiłam- znów zaczęła mnie ściskać- Ale czekaj, zawsze rano idziesz się przejść, gdy nie śpisz całą noc… Mam rację?- popatrzyła na mnie srogo.
-Nooooooo- przeciągnęłam- Ta książka mnie wciągnęła! O Boże patrzcie która godzina!- pobiegłam do swojego pokoju. Spojrzałam na zegarek. 8.40.
-Cholera!- wrzuciłam książki, słuchawki i portfel do torby i ruszyłam na dół.
-Elenka, masz jakieś plany na weekend?- Aghata spytała mnie, gdy zbierałam się do wyjścia.
-Weekend, weekend, weekend…nie, chyba nie. Dlaczego pytasz?
-Wyjeżdżamy z Nickiem do jego rodziców. Mogę zostawić cię samą?
-SAMĄ?!- oczy mi się zaświeciły.
-Tak, ale obiecaj, że nie narozrabiasz- pogroziła palcem, a ja i Nick zaczęliśmy się śmiać.
-Czyli wyjeżdżacie w piątek, czy sobotę?
-W czwartek- oznajmiła.
-Czwartek?- niosłam brew jednocześnie się uśmiechając-Och dobra, powiecie mi jak wrócę. Paa!- wbiegłam z domu.
Na szczęście mam dobrą kondycję, dlatego po 5 minutach biegu byłam już pod szkołą. Okej, 8.53, zdążyłam. Udałam się na ławkę, żeby odpocząć.
Maj, jeden z moich ulubionych miesięcy. Jest tak ciepło, tak kolorowo, tak przyjemnie...
-Elena... Elena słuchasz mnie?
-Tak? O, hej Iris! Co tam?
-Bo na następnej lekcji jest sprawdzian i... Czy mogłabym pożyczyć od ciebie książkę od biologii, bo wiesz, zapomniałam swojej- rudowłosa wyglądała na bardzo zatroskaną.
-Pewnie, trzymaj- wręczyłam jej podręcznik- Możesz go zatrzymać nawet do sprawdzianu- uśmiechnęłam się.
-Naprawdę? Och, dziękuję!- rozpromieniała i pobiegła do szkoły.
Rozkoszowałam się piękną pogodą, póki nie dosiadł się do mnie pewien chłopak.
-Co dziś robiłaś u Kastiela?
-Cześć Lysander, tak, u mnie dobrze, a u ciebie?
-Przepraszam, po prostu dziwi mnie, że jakaś dziewczyna była u niego w domu…
-Jest gejem?!- wrzasnęłam. Na moje nieszczęście właśnie podszedł do nas czerwonowłosy.
-Kto jest gejem?- spytał.
-No ty- rzuciłam.
-Że co?!- warknął.
-Nie?
-Nie Eleno- zaśmiał się białowłosy- Później ci to wytłumaczę- wstał i odszedł.
-Dlaczego myślisz, że jestem gejem?- zapytał wchodząc za mną do szkoły.
-N-no nie wiem no, tak jakoś mi się palnęło- zaśmiałam się nerwowo.
-Zabawne… Mam ci udowodnić, że lubię dziewczyny?- zbliżył się do mnie z ogromnym śmiechem na ustach.
-O nie, nie, nie!- wyminęłam go- Nie w szkole!
-Mam rozumieć, że proponujesz mi jakieś inne miejsce?- uśmiechnął się zawadiacko- Spoko, wpadnę do ciebie w czwartek
-Mówisz o czwartku za tydzień?- zapytałam z nadzieją w głosie.
-Nie, ale jeśli chcesz mogę przyjść jutro, a nawet dzisiaj.
-Nie!- czerwonowłosy zaśmiał się i odszedł.
Po dzwonku ruszyłam pod salę. Historia. To chyba naprawdę najnudniejszy przedmiot. Usiadłam sama w ostatniej ławce. Cała klasa powtarzała na lekcji do sprawdzianu. No dobra, wszyscy z wyjątkiem Nataniela, Lysandra, Amber i jej świty oraz mnie. Oczywiście Kastiel zwiał z lekcji. Siedziałam, obserwowałam wszystkich z klasy i rysowałam jakieś bzdury w zeszycie. Gdy tylko nauczyciel patrzył w moją stronę, przytakiwałam, po czym znów wracałam do swoich "ciekawych" zajęć. Nareszcie zadzwonił dzwonek, z którego cieszyłam się tylko ja. No tak, teraz sprawdzian. Wyszłam z sali ze słuchawkami w uszach i udałam się na drugie piętro pod salę biologiczną. Usiadłam na ziemi nie zwracając na nic uwagi. Zamyśliłam się, chociaż nawet nie wiem o czym myślałam. Słuchając muzyki wystukiwałam jej rytm rękoma. Zauważyłam, że ludzie zebrali się w ogromne koło i tylko ja w nim nie stałam. Postanowiłam to zignorować, ale ich krzyki i gwizdy stawały sie coraz głośniejsze i zagłuszały mi muzykę. Zdenerwowana wstałam i podeszłam do zbiegowiska. Przecisnęłam sie przez tłum i zobaczyłam bijących się Kastiela i Nataniela. Chociaż, to raczej wyglądało, na to, że to czerwonowłosy nokautuje swojego bezsilnego przeciwnika. Kastiel wyglądał jakby Nataniel w ogóle go nie dotknął. Natomiast blondyn… Rozpięta koszula, krawat na ziemi. Z nosa poleciała mu krew. Chłopak wytarł ją szybko ręką i rzucił się na czerwonowłosego, po czym wylądował z hukiem na szafkach. To musiało boleć. I musiało się skończyć.
-DOSYĆ!- wrzasnęłam stając między nimi. W duchu modliłam się tylko, żeby żaden z nich mi nie przywalił…
-Elena odejdź stąd!- warknął czerwonowłosy.
-Żebyście się pozabijali?!
-To sprawa między nami- odparł poważnie blondyn.
-Między wami, czy nie między wami, nie obchodzi mnie to. Macie skończyć- syknęłam. Na końcu korytarza zauważyłam wściekłą dyrektorkę, która zmierzała  w naszą stronę. Była już parę metrów od nas.
-Znalazłam!- krzyknęłam wznosząc do góry pierścionek- Dziękuję wszystkim, którzy pomogli mi go szukać.
-Co to za zbiegowisko?!- starsza pani nie była zadowolona.
-Przepraszam bardzo- odezwałam się- To moja wina. Zgubiłam bardzo ważny dla mnie pierścionek, a uczniowie w tej cudownej szkole byli tak mili, że pomagali mi go szukać- uśmiechnęłam się najładniej jak umiałam.
-No dobrze… A teraz idźcie uczyć się do sprawdzianu!- rozkazała.
-Dobrze- powiedziałam, po czym zniknęłam jej z pola widzenia.
Zadzwonił dzwonek, więc weszłam do klasy, w której nauczyciel już na nas czekał. Usiadłam na swoim miejscu. Zauważyłam, że Rozalia pokazuje mi coś na migi. Nie jestem w to dobra, ale wydaje mi się, że chciała, abym jej podpowiadała. Po chwili weszli Nataniel i Kastiel.
-Miałaś tu już nie siadać.
-Przepraszam bardzo, że nie ma wolnych miejsc.
-Jest jedna ławka z przodu- zaśmiał się.
-No to do niej idź- warknęłam.
-O co ci chodzi?- zapytał.
-Ech może o to, że uratowałam wam tyłki, a nie usłyszałam nawet…
-Dziękuję- dokończył za mnie. Zamurowało mnie, siedziałam z szeroko otwartą buzią i  oczyma. Chłopak parsknął śmiechem.
-Proszę- nauczyciel podał nam arkusze- Czy coś się stało panno Moore?
-Słucham?- ocknęłam się- Nie, nie. Wszystko w porządku. Dziękuję.
-Cisza!- wrócił na miejsce- Jeśli teraz się ktoś odezwie, od razu oblewa sprawdzian! Zaczynajcie, powodzenia.
Wszyscy otworzyli arkusze. Test wyboru i jakaś opisówka, proste. Skończyłam wszystko po pół godzinie, pomagając przy tym Rozalii.
-Czemu nic nie piszesz?- szepnęłam.
-A po co? I tak obleję.
-Pisz, podam ci odpowiedzi- zaproponowałam.
-Nie- uciął.
-Doprawdy?- niezauważalnie wzięłam jego kartkę i zaczęłam zaznaczać odpowiedzi.
-Co ty robisz do cholery?!
-Zamknij się!- warknęłam- Nachyl się i udaj, że coś robisz, okej?- chłopak bardzo niechętnie wykonał moje polecenie.
Chwilę przed dzwonkiem oddałam mu kartkę. Nauczyciel wstał i zebrał od nas sprawdziany. Wszyscy zadowoleni wyszli z sali.
-Dlaczego to zrobiłaś?- ktoś zatrzymał mnie na korytarzu.
-Nataniel?- zdziwiłam się- Ale co?
-To na korytarzu i to w czasie sprawdzianu…- wyglądał na smutnego.
-To na korytarzu… Nie wiem. Ty byś tak nie zrobił? A to w czasie sprawdzianu… Nie wiem o co Ci chodzi- udałam zdziwioną minę.
-Dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie powinnaś mu pomagać.
-Nie wydaje mi się, że jesteś kimś, kto będzie mi mówić co mogę, a czego nie mogę robić.
-Wiesz dlaczego się pobiliśmy?- Ech, raczej dlaczego to on pobił ciebie…
-Nie, ale jakoś niespecjalnie mnie to interesuje- skłamałam.
-On cię obrażał. Naprawdę…
-Że co proszę?
-No tak… Twierdził, że jesteś kolejną, którą będzie mógł zaliczyć, że jesteś kolejną idiotką, która dała się nabrać.
-Ty… Ty mówisz to naprawdę?
-Tak, przepraszam… Wszystko okej?- zapytał czule łapiąc mnie za ramię.
-T-tak. W porządku.
-Nie chciałem, żebyś się dowiedziała… Ale lepiej późno, niż wcale prawda?
-Taak.. Wiesz, muszę już iść- pokazałam w stronę schodów.
-Ale… Dzisiejsze spotkanie jest nadal aktualne?
-Hm? Jakie spotka... Aaaa, tak, tak. Po szkole, do zobaczenia- wybełkotałam gestykulując rękoma i zeszłam schodami w dół.
Więc jednak moje podejrzenia były trafne? On robi tak z każdą. Ze mną też… Jaka ja byłam głupia, jaka ja byłam naiwna. A obiecywałam sobie, że nigdy więcej się nie nabiorę, że szybko się nie zaangażuję. Ale teraz trafił się on. Tak samo podły jak Ethan... Tylko chce się mną zabawić, tak? O nie, jemu się udało, ale nie Kastielowi. Jemu się nie uda. Nie nabiorę się drugi raz. Nie dam się skrzywdzić, nie chce znów cierpieć przez jakichś idiotów. Nie ma mowy… Ethan… Obiecywał, że zawsze będziemy razem, że nigdy mnie nie zrani, nie zostawi. Czułam się w jego ramionach taka bezpieczna, taka…
-KONIEC! Koniec Elena! Starczy!
-Elena? Czy ty gadasz sama do siebie?- nawet nie zauważyłam jak podeszła do mnie Violetta.
-Ja?- zaśmiałam się- No… Czasem- wbiłam wzrok w ziemię- Ale spokojnie, jestem normalna- znów się zaśmiałam.
-Zastanawiam się, czy jednak nie zaprowadzić cię do lekarza- uśmiechnęła się.
-Bez przesady. Właśnie, co my teraz mamy?- wytarłam ukradkiem łzę na policzku.
-W-f. Czy, czy ty płakałaś?
-Co? N-nie, tylko coś mi wpadło do oka. Mówisz, że w-f?
-Tak, pan Borys mówił, że dzisiaj mamy lekcje z chłopakami… Trochę się boję
-Z chłopakami?!
-Też nie chcesz, prawda?
-Wręcz przeciwnie!- teraz będę mogła dokopać temu idiocie!

________________________________________________________________________________

Przepraszam bardzo, że rozdział jest TAK PÓŹNO, ale byłam na wakacjach w górach i wiecie... Jakoś tak nie mogłam go dodać, mam nadzieję, że się spodoba i za chwilę zaczynam pisać dalej, żeby nie było :3